najtrudniejszy-jezyk-obcy-ten-ktorym-rozmawiamy-z-wlasnym-dzieckiem

Najtrudniejszy język obcy? Ten, którym rozmawiamy z własnym dzieckiem

Możemy znać kilka języków obcych, swobodnie porozumiewać się w pracy czy podczas zagranicznych podróży, a jednocześnie zupełnie nie wiedzieć, jak rozmawiać z własnym dzieckiem. Co więcej, trudność często zaczyna się jeszcze wcześniej – od rozmowy z samym sobą. To właśnie z obserwacji codziennej pracy z dziećmi i rodzicami Barbara Wolanin, terapeutka integracji sensorycznej i twórczyni gabinetu „Za głosem Serca”, stworzyła autorski 12-tygodniowy cykl warsztatów „Komunikacja z moim dzieckiem i ze sobą – jak biegle władać najtrudniejszym do opanowania językiem obcym”.

Nie jest to kolejny cykl poradniczy o tym, jak być „idealnym rodzicem”. Punktem wyjścia jest człowiek – jego emocje, doświadczenia, potrzeby i sposób, w jaki sam był traktowany w dzieciństwie. Barbara Wolanin mówi o komunikacji w sposób bardzo subiektywny, opierając program warsztatów przede wszystkim na tym, co przez lata obserwowała w gabinecie, w kontakcie z dziećmi i ich rodzicami. Warsztat jest dedykowany nie tylko rodzicom, ale wszystkim osobom, które pracują z dziećmi i chciałyby lepiej poruszać się w obszarze komunikacji z dziećmi i ze sobą. – Ten warsztat wyszedł ze mnie. To nie jest tak, że siedziałam i długo zastanawiałam się, co tutaj wymyślić. On powstał z moich własnych doświadczeń oraz na bazie obserwacji w pracy z dziećmi i rodzicami, i z potrzeby podzielenia się tym, co sama zauważam i czego sama się uczę – mówi Barbara Wolanin.

Najpierw rodzic, dopiero potem dziecko

Jednym z najważniejszych założeń warsztatów jest odwrócenie typowego sposobu myślenia o komunikacji. Zamiast zaczynać od pytania „co zrobić z dzieckiem?”, Barbara Wolanin proponuje najpierw przyjrzeć się sobie. Właśnie z tego powodu pierwsze spotkanie warsztatowe nosi tytuł „Najpierw Ty i Twój dobrostan”. Zdaniem terapeutki trudno budować bezpieczną relację z dzieckiem, jeśli samemu nie ma się kontaktu ze swoimi emocjami i potrzebami. – Od tego, jak ja komunikuję się ze sobą, czy znam swoje potrzeby, czy wiem, co jest dla mnie trudne, zależy też to, czy będę w stanie zrozumieć moje dziecko i się z nim dogadać. To jest właściwa kolejność: najpierw ja i mój dobrostan, a dopiero potem to, co mogę dać mojemu dziecku – podkreśla ekspertka. To oznacza również zgodę na własne emocje. Rodzic nie musi być przed dzieckiem cały czas uśmiechnięty i spokojny. Zdaniem Barbary Wolanin znacznie ważniejsza od udawania jest autentyczność – oczywiście dostosowana do wieku dziecka i jego możliwości rozumienia sytuacji. – Jeżeli dziecko widzi, że mama jest smutna, rozdrażniona czy zła, nie ma sensu udawać, że wszystko jest w porządku. Można powiedzieć: „Jestem teraz zła czy smutna, płakałam, ale to nie dotyczy ciebie lecz mnie”. Dziecko dostaje wtedy ważny komunikat: emocje są częścią życia, można je przeżywać i można o nich mówić – tłumaczy Barbara Wolanin. Nie chodzi przy tym o przenoszenie na dziecko problemów dorosłych. Chodzi o prostą, adekwatną do wieku komunikację i pokazanie, że emocje nie są czymś, czego należy się wstydzić ani co trzeba za wszelką cenę ukrywać.

Dzieci najlepszym wykrywaczem nieautentyczności

Zdaniem terapeutki dzieci bardzo szybko wyczuwają, kiedy słowa dorosłego nie są spójne z tym, co naprawdę się z nim dzieje. – Dzieci są najlepszym i najszybszym wykrywaczem kłamstw, jaki mamy w swoim otoczeniu. Jeżeli ja jestem zdenerwowana, a mówię dziecku, że wszystko jest dobrze, ono widzi, że coś się nie zgadza. Dlatego autentyczność jest tak ważna. Nie muszę dziecku opowiadać wszystkich swoich problemów, wręcz nie powinnam, bo to są moje dorosłe problemy, ale mogę nazwać to, co się ze mną dzieje – mówi Wolanin. Ekspertka zachęca również rodziców, by przyjrzeli się własnym reakcjom. Często bowiem bezmyślnie powtarzamy wobec swoich dzieci komunikaty, które sami słyszeliśmy w dzieciństwie: „uspokój się”, „przestań”, „jak ty możesz się tak zachowywać”, „weź się w garść”.

– Jeżeli jako dziecko słyszałam głównie takie zdania, to później sama będę się nimi posługiwała, bo zwyczajnie nie znam innych. Warto więc zatrzymać się i zapytać siebie: dlaczego ja tak reaguję? Kto kiedyś mówił do mnie w ten sposób? Co ja wtedy czułam? To jak zamienić się na chwilę ze swoim dzieckiem miejscami, wstawić tam małą siebie / małego siebie i poczuć, co mi to robi. Właśnie to czuje dziecko – zauważa terapeutka. To właśnie takie zatrzymanie i spojrzenie na własną historię jest jednym z elementów autorskiego podejścia Barbary Wolanin. Warsztaty nie mają dawać rodzicom kolejnej listy „właściwych” reakcji. Mają pomóc zrozumieć, skąd biorą się ich własne.

„Widzę sercem” zamiast „projektuję na moje dziecko”

Kolejny ważny temat cyklu to różnica pomiędzy dostrzeganiem dziecka takim, jakie naprawdę jest, a próbą dopasowania go do własnych oczekiwań. Rodzic może mieć określone wyobrażenie o tym, jakie jego dziecko powinno być, co powinno lubić, jak się zachowywać, jakie osiągać wyniki czy w jaki sposób reagować. Problem pojawia się wtedy, gdy własna wizja zaczyna przysłaniać prawdziwe potrzeby dziecka. – Chodzi o to, żeby naprawdę zobaczyć swoje dziecko. Nie tylko to, jakie chciałabym, żeby było. Widzieć sercem oznacza zaciekawić się tym małym człowiekiem, który stoi przede mną. Co on czuje? Czego potrzebuje? Co jest dla niego trudne? Co próbuje mi powiedzieć swoim zachowaniem? – mówi Barbara Wolanin.

„Ratowanie” może odbierać dziecku skrzydła

Jednym z najbardziej charakterystycznych zagadnień warsztatów jest „ratowanie vs. towarzyszenie”. To właśnie tutaj pojawia się symboliczny przykład guziczka, który rodzic zapina dziecku, mimo że ono dawno już mogłoby zrobić to samo. – Czasami chcemy zrobić dla dziecka wszystko. I wtedy robimy coś za nie, bo będzie szybciej, łatwiej, sprawniej. Jeśli łapiemy się na tym i zapinamy kurtkę 12-letniemu dziecku, to nie tylko odbieramy samodzielność i możliwość poczucia niskiej temperatury czy wiatru przez swoje dziecko, ale wchodzimy z komunikatem „ja wiem lepiej, że ci będzie zimno”. „Posprzątaj pokój” i sprzątanie tego pokoju za swoje dziecko jest nie tylko o tym, że np. nie da się wejść do pokoju dziecka i wszystko leży łóżku. Jest też o tym, że dziecko nie może własnym ciałem i wszystkimi zmysłami poczuć, że w bałaganie ciężko cokolwiek znaleźć – zwraca uwagę terapeutka. Podobnie jest z codziennymi wyborami. Sukienka, skarpetki, sposób spędzenia wolnego czasu czy rozwiązanie drobnego problemu mogą być dla dorosłego błahostką, ale dla dziecka stanowią okazję do ćwiczenia samodzielności i sprawczości. – Dziecko potrzebuje się potknąć. Potrzebuje próbować i czasem czegoś nie zrobić. Jeżeli będę je wyręczać, nie sprawię, że nauczy się szybciej. Wręcz przeciwnie – zabiorę mu możliwość doświadczenia, że samo potrafi – podkreśla Barbara Wolanin. Zadaniem rodzica nie jest zrobienie wszystkiego za dziecko, lecz stworzenie mu bezpiecznej przestrzeni do uczenia się.

„Uspokój się” nie uspokaja

W codziennym życiu szczególnie trudne bywają sytuacje, w których emocje rodzica i dziecka spotykają się w jednym momencie. Zmęczenie, pośpiech, problemy z pracy, konflikt czy zwykła frustracja mogą sprawić, że wystarczy jedno słowo, aby doszło do eskalacji. – Kiedy rodzic wraca do domu z całym pakietem emocji, czasami wystarczy jedno słowo i mamy eksplozję. Dlatego warto najpierw złapać moment: dlaczego ja jestem w takim stanie? Skąd to przyszło? Co mogę zrobić, żeby nie wylać całego mojego bagażu emocjonalnego na dziecko czy partnera? – mówi terapeutka. Podobnie działa komunikat kierowany do dziecka: „uspokój się”. Zdaniem Barbary Wolanin samo polecenie nie daje dziecku narzędzi do uspokojenia się. Znacznie ważniejsze jest stworzenie mu bezpiecznej przestrzeni, w której może przeżyć emocje i stopniowo nauczyć się je rozumieć. – Im bardziej ja, jako dorosła osoba, jestem przy sobie i jestem w stanie zapanować nad własnymi emocjami, tym bezpieczniejsze środowisko tworzę dla mojego dziecka. Ono uczy się ode mnie, że można przeżywać emocje i można sobie z nimi poradzić – podkreśla Barbara Wolanin.

Co kryje się za „mam wywalone”?

W programie warsztatów znalazło się także miejsce na tematy, których wielu rodziców wolałoby unikać: bunt nastolatków, ostre słowa i przekleństwa. Barbara Wolanin nie chce jednak podchodzić do nich wyłącznie z perspektywy zakazu. Stwierdzenia typu „mam wywalone” mogą być przecież nie tylko prowokacją. Za takimi komunikatami może kryć się złość, bezradność, zmęczenie, potrzeba niezależności albo trudność w powiedzeniu wprost, co naprawdę się dzieje. – Czasami dziecko mówi bardzo mocno, bo nie potrafi inaczej powiedzieć o tym, co się z nim dzieje. Nie chodzi o to, żeby akceptować każde zachowanie i rezygnować z granic. Chodzi o to, żeby najpierw spróbować usłyszeć, co jest pod spodem tego komunikatu – mówi terapeutka.

Podobnie jest z przekleństwami. Zamiast automatycznie reagować karą czy oburzeniem, warto zastanowić się, czemu w danym momencie służą i co dziecko próbuje za ich pomocą przekazać. Jednym z narzędzi, które Barbara Wolanin chce przekazywać rodzicom podczas warsztatów, jest zmiana perspektywy. Zamiast natychmiast oceniać zachowanie dziecka, warto zatrzymać się i zadać pytanie: „co tu się wydarzyło?”

– Jako rodzice bardzo często szybko oceniamy: „jesteś niegrzeczny”, „znowu to zrobiłeś”, „dlaczego mnie nie słuchasz?”. A przecież zanim ocenimy, możemy spróbować zrozumieć. Co się wydarzyło? Co doprowadziło do tej sytuacji? Co dziecko próbuje mi powiedzieć? – tłumaczy ekspertka. To nie oznacza rezygnacji z granic. Oznacza próbę zbudowania komunikacji, w której granice nie są przeciwieństwem relacji.

Rodzic nie musi być idealny

Barbara Wolanin podkreśla, że jej warsztaty nie powstały po to, żeby stworzyć kolejny model „idealnego rodzica”. – Nie jesteśmy idealni i nie musimy być. Możemy powiedzieć własnemu dziecku: „nie wiem”, „nie umiem”, „to jest dla mnie trudne”. To też jest komunikacja. Jeżeli ja potrafię przyznać, że czegoś nie wiem albo że mnie coś przerasta, pokazuję dziecku, że ono również może mieć trudności i nie musi udawać, że wszystko potrafi – mówi. To nie oznacza, że mamy być bezradni czy nieporadni. Dzieci powinny czuć się przy rodzicach bezpiecznie, widzieć, że rodzice nawet w trudnych sytuacjach będą szukać rozwiązań. Szczerość i autentyczność to jednak podstawa zaufania.

12-tygodniowy cykl warsztatów autorskich Basi Wolanin jest oparty nie tylko na konkretnych sytuacjach z życia rodzinnego, ale także na przyglądaniu się sobie. Uczestnicy rozmawiają m.in. o emocjach, granicach, samodzielności dziecka, rolach rodziców, oczekiwaniach, konfliktach, buncie, języku i sposobach reagowania. Warsztaty odbywają się raz w tygodniu, a każde spotkanie trwa dwie godziny. Grupa liczy maksymalnie 12 osób. – Chciałabym, żeby dla wszystkich była to przestrzeń, w której można się zatrzymać. Nie po to, żeby dostać kolejną instrukcję obsługi dziecka, ale żeby zobaczyć siebie, swoje dziecko i swoją relację trochę inaczej. Bo komunikacja to nie tylko słowa. To jest też obecność, uważność, ciągły rozwój i nauka, a także to, czy naprawdę widzę człowieka, który stoi przede mną – podsumowuje Barbara Wolanin.