polisolokaty-wracaja-do-sadow-czy-po-latach-da-sie-jeszcze-odzyskac-pieniadze-wyjasnia-adw-emilia-tomanek-z-pilawska-zorski-adwokaci

Polisolokaty wracają do sądów. Czy po latach da się jeszcze odzyskać pieniądze? Wyjaśnia adw. Emilia Tomanek z Pilawska Zorski Adwokaci

Podpisałeś umowę kilkanaście lat temu. Doradca mówił o „bezpiecznym oszczędzaniu” i „inwestowaniu z ochroną ubezpieczeniową”. Po kilku latach chciałeś się wycofać i okazało się, że z wpłaconych kilkudziesięciu tysięcy złotych zostaje ci ułamek. Brzmi znajomo? To historia, która powtórzyła się w Polsce setki tysięcy razy. I choć od boomu na polisolokaty minęła już dobra dekada, sądy wciąż mają pełne ręce roboty – a linia orzecznicza coraz częściej działa na korzyść konsumentów. Co ważne: wygrana sprzed lat w sprawie o opłatę likwidacyjną nie zamyka drogi do dalszych roszczeń z tej samej umowy. To jeden z mniej znanych, a bardzo istotnych wątków tego tematu.

 

Polisa, która była inwestycją w przebraniu

 

Konstrukcja tych produktów od początku budziła wątpliwości. Klient formalnie kupował ubezpieczenie na życie, ale realnie większość wpłacanych pieniędzy trafiała do ubezpieczeniowych funduszy kapitałowych (UFK), czyli tam, gdzie ryzykuje się kapitałem tak jak przy inwestycji. Problem w tym, że sam produkt bywał zaprojektowany tak, by przeciętny klient nie miał szans go zrozumieć. Ogólne warunki ubezpieczenia, regulamin funduszu, tabela opłat i limitów, certyfikat – każdy dokument odsyłał do kolejnego. Żeby policzyć, ile faktycznie kosztuje polisa, trzeba było czasem zestawić ze sobą kilka różnych źródeł naraz. A prawo jest tu jednoznaczne: przedsiębiorca musi przedstawić konsumentowi warunki umowy w sposób jasny i zrozumiały. Nie chodzi o to, czy dana informacja gdzieś się w dokumentach znalazła. Liczy się, czy przeciętny klient mógł na jej podstawie realnie ocenić ekonomiczne skutki podpisywanej umowy.

 

„Przecież Pan / Pani to podpisał/a” – dlaczego ten argument już nie wystarcza?

 

Ubezpieczyciele chętnie powołują się na oświadczenia, w których klient potwierdzał, że zapoznał się z warunkami produktu. Sam podpis nie oznacza jednak, że każde postanowienie umowy jest skuteczne. Kodeks cywilny wprost chroni konsumentów przed klauzulami, które nie zostały z nimi indywidualnie wynegocjowane, a które rażąco naruszają ich interesy i są sprzeczne z dobrymi obyczajami. I tu kluczowa uwaga: samo przedstawienie gotowego wzorca do podpisu nie jest tym samym, co indywidualne uzgodnienie jego treści.

 

W polisolokatach to reguła, nie wyjątek. Klient nie negocjował wysokości opłat, sposobu wyceny aktywów ani zasad inwestowania środków. Miał do wyboru: podpisać albo zrezygnować. To zasadnicza różnica prawna, która otwiera drogę do kwestionowania konkretnych zapisów umowy.

 

Opłata za „zarządzanie” – ale czym właściwie?

 

Jednym z ciekawszych kierunków, w jakich idą dziś spory, są opłaty administracyjne i tzw. opłaty za zarządzanie. Nazwa sugeruje, że płacimy za konkretną, wykonywaną usługę. Kłopot zaczyna się tam, gdzie z dokumentacji w ogóle nie wynika, co dokładnie ta opłata finansuje i skąd wzięła się jej wysokość. W jednej z analizowanych spraw opłata za zarządzanie wynosiła nominalnie 1,92 proc. rocznie, liczone od tzw. składki zainwestowanej. Brzmi niewinnie? Po przeliczeniu na realny ciężar dla klienta okazało się, że sięgała nawet 27 proc. wpłaconej składki.

 

To pokazuje sedno problemu. Konsument powinien być w stanie odpowiedzieć na proste pytanie: ile ten produkt naprawdę mnie kosztuje? Jeśli odpowiedź wymaga odnalezienia definicji „składki zainwestowanej”, zestawienia jej z tabelą opłat i wykonania dodatkowych obliczeń – trudno mówić o rzetelnym poinformowaniu klienta. Orzecznictwo w podobnych sprawach zwraca zresztą uwagę, że samo procentowe określenie opłaty może nie wystarczyć, jeśli konsument i tak nie jest w stanie ustalić jej realnej wysokości.

 

Opłata likwidacyjna: cena za to, że się rozmyśliłeś

 

To najbardziej znany problem polisolokat, ale wciąż aktualny. W niektórych konstrukcjach rezygnacja z umowy w pierwszych latach oznaczała utratę zdecydowanej większości wpłaconych środków – w skrajnych przypadkach niemal całości rachunku.

 

Efekt? Klient, który zorientował się, że produkt mu nie odpowiada, stawał przed wyborem bez dobrej opcji: trwać w niekorzystnej umowie albo zaakceptować dotkliwą stratę. Właśnie dlatego sądy od lat sprawdzają, czy takie postanowienia nie mają charakteru niedozwolonego – i nie ma znaczenia, że opłata likwidacyjna nie jest głównym świadczeniem z umowy. Jako postanowienie uboczne w pełni podlega kontroli pod kątem abuzywności.

 

Niedozwolona klauzula to jedno. Nieważność całej umowy – to zupełnie inna liga

 

Warto rozróżnić dwa różne mechanizmy prawne, bo skutki są diametralnie różne. Pierwszy (najczęściej spotykany) polega na zakwestionowaniu jednego, konkretnego zapisu (np. opłaty likwidacyjnej). Jeśli sąd uzna go za niedozwolony, przestaje on wiązać konsumenta, a reszta umowy zwykle nadal obowiązuje (art. 385¹ Kodeksu cywilnego).

 

Drugi, znacznie dalej idący, to twierdzenie, że wadliwa jest cała konstrukcja umowy i domaganie się stwierdzenia jej nieważności. Argumentacja opiera się tu m.in. na braku precyzyjnych zasad lokowania środków, niemożliwym do zweryfikowania sposobie wyceny instrumentów finansowych czy pozostawieniu ubezpieczycielowi zbyt dużej swobody w prowadzeniu strategii inwestycyjnej.

 

Jeśli konsument nie jest w stanie na podstawie samej umowy ustalić, według jakich obiektywnych reguł inwestowane i wyceniane są jego pieniądze, pojawia się pytanie poważniejsze niż wysokość jednej opłaty: czy całe zobowiązanie zostało w ogóle skonstruowane zgodnie z wymogami prawa?

 

Konsekwencje unieważnienia umowy bywają dla klienta znacznie korzystniejsze niż zwrot pojedynczej opłaty. Nieważna umowa traktowana jest tak, jakby nigdy nie została skutecznie zawarta, co oznacza obowiązek wzajemnego rozliczenia świadczeń, a więc co do zasady zwrot wszystkich wpłaconych składek.

 

„Ale ja zakończyłem tę polisę wiele lat temu…”

 

To pytanie, które pada najczęściej i odpowiedź wcale nie musi brzmieć „za późno”. Przedawnienie w sprawach konsumenckich jest bardziej złożone, niż mogłoby się wydawać. Nie zawsze liczy się je po prostu od dnia pobrania opłaty czy zakończenia polisy. Kluczowy bywa moment, w którym konsument dowiedział się albo, rozsądnie rzecz biorąc, mógł się dowiedzieć o niedozwolonym charakterze postanowień, na podstawie których pobierano od niego pieniądze. W jednej ze spraw sąd uznał, że roszczenie nie było przedawnione, licząc bieg terminu nie od momentu pobrania opłat, lecz od chwili, w której konsumentka mogła realnie powziąć wiedzę o wadliwości zapisów umowy. To nie oznacza, że każda stara polisolokata automatycznie nadaje się dziś do zaskarżenia. Kwestię przedawnienia zawsze trzeba ocenić indywidualnie – dla konkretnej umowy i konkretnego roszczenia.

 

Komu szczególnie opłaca się dziś sprawdzić starą polisę?

 

Warto przejrzeć dokumenty, jeśli umowa ubezpieczenia na życie z UFK była zawarta kilkanaście lat temu, zwłaszcza gdy sprzedawał ją bank lub pośrednik, przedstawiając jako formę inwestowania lub oszczędzania. Sygnałem do bliższej analizy jest sytuacja, w której przynajmniej jeden z poniższych punktów pasuje do Twojej historii:

 

  1. wpłaciłeś znaczną kwotę, a po zakończeniu umowy otrzymałeś zwrot dużo niższy;
  2. pobierano od Ciebie opłatę likwidacyjną, administracyjną lub za zarządzanie;
  3. rzeczywista wysokość kosztów była trudna albo niemożliwa do samodzielnego wyliczenia;
  4. zasady inwestowania lub wyceny aktywów pozostawały niejasne;
  5. byłeś przekonany, że kupujesz bezpieczny produkt oszczędnościowy, a w praktyce ponosiłeś istotne ryzyko inwestycyjne.

 

To jednak sygnały, nie wyroki. Polisolokaty nie są jednorodną kategorią. Różnią się ubezpieczycielem, okresem zawarcia, konstrukcją produktu, tabelą opłat i mechanizmem inwestowania. Nie każda taka umowa jest nieważna i nie każda pobrana opłata podlega zwrotowi. Ocena musi dotyczyć konkretnego wzorca umownego, a nie samej nazwy produktu na okładce.

 

Co się właściwie zmieniło w podejściu sądów?

 

Spory o polisolokaty pokazują szerszy trend w prawie konsumenckim: argument „podpisał Pan / Pani, więc pan/pani wiedział/a, na co się zgadza” traci na znaczeniu. Od profesjonalnego przedsiębiorcy prawo wymaga dziś zdecydowanie więcej. Zgodnie z unijnymi przepisami o nieuczciwych warunkach umownych, warunki przedstawiane konsumentowi muszą być sformułowane prostym i zrozumiałym językiem, a postanowienia niewynegocjowane indywidualnie nie mogą prowadzić do znaczącej nierównowagi praw i obowiązków na jego niekorzyść.

 

Dlatego jeśli lata temu zamknąłeś polisę inwestycyjną ze stratą, nie zakładaj z góry, że temat jest zamknięty. Czasem dopiero uważna lektura dawnych dokumentów pokazuje, że strata nie wynikała wyłącznie z nietrafionej inwestycji, ale z samej konstrukcji umowy, sposobu naliczania opłat albo postanowień, które z perspektywy ochrony konsumenta budzą dziś poważne wątpliwości.